czwartek, 10 października 2013

Od Williama

Oh jakie życie jest cudowne! Jak ja kocham ludzi! A oni powinni kochać mnie... Lecz nie wszyscy to robią... Cóż! Ich problem! Dzisiaj z samego rana, po, o dziwo, przespanej nocy zwolniłem swoją sekretarkę. Biedna Luśka... Ha! Jej mina była cudowna gdy weszła do mojego gabinetu, a ja przywitałem ją słowami:
- Jesteś zwolniona~!
- Który to raz? Nie rób sobie ze mnie żartów....
- Ależ Luśko~! Ja nie żartuję~! Wypierdalaj stąd~! Chociaż, najpierw pomóż mi się spakować.- uśmiechnąłem się.
- Nie nazywaj mnie Luśką, mam imię. Skończ te gierki Will, masz robotę od Gangu Czarnych Małp.
- Ależ ty naprawdę jesteś zwolniona.- eh... trzeba zmienić swój charakter by ta kobieta uwierzyła...
Spojrzała się na mnie zdziwiona (Boska mina! Ledwo wytrzymałem by nie wybuchnąć śmiechem!), potem rzuciła wszystkie papiery które miała w ręku i wyszła z mojego apartamentu trzaskają drzwiami. Dopiero wtedy wybuchnąłem śmiechem.
Potem powoli wstałem i poszedłem się spakować, jak ja tego nie lubię~! Nigdy nic się nie mieści w tej głupiej walizce. Skończyło się na tym, że skakałem po niej by się zamknęła. Spakowałem jeszcze laptopa do osobnej torby i założyłem swoją kurtkę, która o dziwo pachniała budyniem... Bardzo przyjemny zapach~! Schowałem swoje dwa telefoniki do kieszeni i stanąłem w progu:
- Pa domeczku~! Bądź grzeczny i nie sprowadzaj panienek~!
Zachichotałem i wyszedłem zamykając za sobą drzwi na klucz. Walizkę zrzuciłem ze schodów, bo nie chciało mi się jej tachać za sobą, sam zjechałem po barierce. Wyszedłem na zewnątrz i zacząłem kulturalnie ciągnąć walizkę do swojego samochodu, którego, no cóż... Dosyć rzadko używałem. Po części dla tego, że nie mam prawa jazdy, ale pomińmy to~!
Wrzuciłem walizkę i torbę z laptopem do bagażnika i usiadłem za kółkiem. Czy zachowywać się dobrze na drogach? Nie~! Będę jeździć jak wariat! Chce zobaczyć te przerażone miny ludzi!
Na pełnym gazie ruszyłem przez miasto. Czekała na mnie długa droga. Przebyłem ją śpiewając piosenki, odpisując na sms-y i załatwiać umowy przez telefon. Gdy w końcu tam dotrę to muszę szybko wejść na neta... Czeka mnie trochę pracy. Po pięciu godzinach dojechałem na miejsce. Był to las i jakiś budyneczek. Wybrałem to miejsce z czystej ciekawości i dla czystej zabawy. Dobrze, że niedaleko jest jakieś miasto, bo muszę przecież obserwować moich kochanych ludzi~!
Tak z innej beczki, właścicielem chałupy, przed którą stałem był dwudziestotrzyletni Garahart. Wredny czarnowłosy weterynarzo zaklinacz, jego siostrzyczka umarła przez konia, a Garaharcik teraz się tym konikiem zajmuje i nie potrafi mu pomóc. Z tego co wiem pochodzi też z bogatego rodu. Idealna zabaweczka~!
Zapukałem do drzwi, usłyszałem kroki i zaraz potem pojawił się przede mną facet którego przed chwilą opisałem, w gruncie rzeczy, informacje na jego temat było łatwiej znaleźć niż stronkę z filmami erotycznymi~!
- Tak?- mruknął.
- Siemka~!-uśmiechnąłem się szeroko, tak w swoim stylu.- Moja walizka jest w bagażniku~!
Przepchnąłem się obok niego i bezczelnie wlazłem do środka. Szybko zilustrowałem pomieszczenia na piętrze, wlazłem do salonu i wskoczyłem na łóżko. Garcik łaził za mną i gdy zobaczył, że bezczelnie kładę się na łóżku, jego wyraz twarzy stał się... Cudowny~! Ta złość~! Ten kolor~! Cudownie~!
Czuję jednak, że przy nim często będę musiał zmieniać swój charakter (w czym jestem mistrzem, bo no cóż... Jestem bogiem.), raz będę smutny i spokojny, raz poważny i złowrogi, a raz milutki i niewinny. Ale pod tymi maskami będzie się skrywało moje prawdziwe oblicze~! Oblicze boga~!
- Coś nie tak~? Teraz będę z tobą mieszkać~!- z moich ust nie znikał uśmieszek.

(Garcik?)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz